czyli ostatnio przeczytałam książkę.

środa, 17 kwietnia 2013

93. "Folwark zwierzęcy" - George Orwell

19:59 Posted by Kasia No comments




Od jakiegoś czasu zasadzałam się na tę książkę. Wiedziałam, na co się piszę, że symbolikę trudno będzie nazwać subtelną, że może wkraść się też odrobina moralizowania, ale mimo wszystko, była to jedna z książek, którą postanowiłam na pewno w swoim życiu przeczytać.

Moje przewidywania się sprawdziły. Nie była ona wstrząsająca w żaden sposób, ale czytało się ją bardzo szybko i bez problemów, bo napisana jest w naprawdę przystępny sposób. Nie jest to pozycja, nad walorami której można się jakoś długo rozwodzić, jest to po prostu coś, co warto kiedyś przeczytać. A więc, przeczytałam i na tym stwierdzeniu chyba poprzestanę.

8/10

92. "Złodziej czasu" - Terry Pratchett

19:52 Posted by Kasia No comments

Ostatnia część Pratchettowego cyklu o Śmierci zatrzymała mnie przy sobie na dłużej. Głównie dlatego, że była bardzo nierówna - z jednej strony były wątki, od których trudno się było oderwać, jak Czterej Jeźdźcy Apokalipsy (ze szczególnym naciskiem na Wojnę i jego życie małżeńskie), czy kariera zawodowa Susan Sto Helit, ale znalazły się też takie, które ciągnęły się i skończyć się nie chciały.

Generalnie, nie jest źle. Inna rzecz, że u Pratchetta naprawdę rzadko bywa. Nie jest to moja ulubiona pozycja w dorobku tego autora, ale też nie byłam nią rozczarowana. Ot, taka przyjemna bajka dla dorosłych, do której czasem trzeba się zmobilizować, ale po skończeniu jest się zadowolonym.

7/10
4/5

czwartek, 4 kwietnia 2013

91. "Wyspa wypacykowanej kapłanki miłości" - Christopher Moore

22:18 Posted by Kasia No comments

Na początku były Tytuł, Autor i Cena. Tytuł przyciagający wzrok, Autor, na którego się zasadzałam od dłuższego czasu i Cena, kompletnie nieadekwatna dla książki takiego gabarytu. Więc kupiłam to dzieło w jednym ze sklepów sieci o owadziej proweniencji

Potem była Grubość, która sama w sobie jeszcze kwalifikowałaby "Wyspę..." w wyższe strefy stanów przeciętnych, ale w połączeniu z twardą okładką, lokowała książkę w kategorii "ciężkie", zabójczej dla czytelnika, który czytadło tacha ze sobą zawsze i wszędzie. Leżała więc nieruszona.

W końcu się dorwałam i na początku szału nie było. Historia za nic nie chciała się rozkręcić i zaciekawić. Niemrawe podrygi humoru niosły raczej żałość, niż śmiech, czy choćby uśmiech.

Aż w końcu coś ruszyło. W okolicach połowy, połykałam już kolejne strony w tempie błyskawicznym. Poniekąd to zasługa sporej czcionki, ale akcja też była niczego sobie.

No i skończyłam. Może nie zachwycona, ale zadowolona na pewno. I z całkiem nieźle zmotywowana do powrotu do Moore'a.

7/10
4/5