czyli ostatnio przeczytałam książkę.

środa, 27 lutego 2013

87. "Wiedźmikołaj" - Terry Pratchett

20:34 Posted by Kasia No comments

Świetna, po prostu świetna. Dla mnie, najlepsze dzieło Pratchetta, położone idealnie w środku pomiędzy poczuciem humoru i symboliką, wciągające i po prostu przyjemne.

9/10
5/5

sobota, 23 lutego 2013

86. "Stukostrachy" - Stephen King

12:39 Posted by Kasia No comments

W skeczu kabaretu Hrabi, potykał się Jonasz. W książce Kinga robi to Bobbi Anderson, pisarka westernów, żyjąca na odziedziczonej po wuju farmie, wraz z psem i, okazjonalnie, Johnem Gardenerem, poetą, mającym dość kłopotliwą skłonność do alkoholu.

Bobbi potyka się o wystające z ziemi "coś". Nie wiadomo, co to jest, nie wiadomo, jak się znalazło w tej okolicy, ale, najpierw powoli, potem coraz szybciej, wkrada się w życie Bobbi i innych mieszkańców Haven. Rozpoczyna się Przemiana.

Nie przepadam za literaturą SF, a ze "Stukostrachami" mam jeszcze większy dylemat niż zwykle. Bo tak, jest to King, czyli klasa sama w sobie, którą sposób napisania tej książki potwierdza. Ponadto, jest to powieść długa, a autor ma to do siebie, że im dłuszej opowiada, tym lepiej mu to wychodzi. Nie jest nudno, lektura się nie dłuży. Ale.

Ale jest takie, że King nie jest mistrzem SF. A "Stukostrachy" są właśnie takim SF w najczystszej postaci. Książkę czyta się dobrze, aczkolwiek brakuje tego, co by zachwyciło, mocnego akcentu, który King stworzyć potrafi. To po prostu nie jego klimaty.

Dodatkowo przeszkadza dziwny zabieg, trudno orzec, czy tłumacza, czy autora, który istoty z kosmosu nazywa Stukostrachami. Nazwa kojarząca się z marami nocnymi, horrorem, daje nadzieję na co innego, a w trakcie lektury, poza rozczarowaniem, przynosi lekką konfuzję, co również sprawia, że powieść Kinga od ideału się coraz bardziej oddala.

Można przeczytać. Nawet będzie przyjemnie, ale zdecydowanie, nie zachwyca.

7/10
3/5

środa, 13 lutego 2013

85. "Buszujący w zbożu" - J. D. Salinger

17:46 Posted by Kasia No comments
Po "Buszującego..." sięgnęłam w ramach noworocznego postanowienia, które nakazywało mi raz na jakiś czas oderwać się od najnowszych powieści i zanurzyć się w szeroko rozumianej "klasyce". Słyszałam, że dzieło Salingera jest książką "dobrą", cokolwiek by to nie oznaczało, więc to właśnie ją wybrałam spomiędzy kilku innych. I przeczytałam, choć szybko mi to nie poszło. Dlaczego?

Przede wszystkim dlatego, że pomimo, że czyta się ją lekko i bez większych trudności, nie przyciągała ona do siebie. Ciężko wciągnąć się w książkę, w której akcja występuje okazjonalnie, a większość treści zajmują przemyślenia dość antypatycznego nastolatka. Przemyślenia, dodam, w których jakiejś większej głębi nie zauważyłam, ot, czasem udało mu się rzucić jakiś trafny komentarz.

Kiedy już przezwyciężyło się trudności z mobilizacją do sięgnięcia po książkę, jakoś to szło. Język jest prosty, ale nie prostacki, więc kolejne strony mijają dość sprawnie. Tylko że po dotarciu do końca, pojawia się jedno, bardzo ważne pytanie: "no i co z tego?". Szczerze powiem, nie mam pojęcia.

6/10