czyli ostatnio przeczytałam książkę.

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą smutki i żale. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą smutki i żale. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 1 września 2011

15. "Potem..." - Guillaume Musso

Nowojorski adwokat Nathan Del Amico robi karierę kosztem zaniedbywanej rodziny. Jego żona, Mallory, decyduje się odejść, choć wciąż go kocha. Pewnego razu w kancelarii Nathana zjawia się Garrett Goodrich, chirurg, ordynator oddziału opieki paliatywnej, opiekun ludzi beznadziejnie chorych. Posiada on szczególny dar dostrzega świetlistą aureolę nad osobami, które mają rychło zejść z tego świata. Rolą Posłańców, bo tak nazywani są ludzie obdarzeni podobną cechą, jest podtrzymywanie na duchu skazańca.

Ta opowieść ma coś w sobie. Na początku się tak bynajmniej nie zapowiada. Opisy szarpiącego się małżeństwa bynajmniej nie zachęcały, motywy metafizyczne były mało znaczące i właściwie nie do końca było wiadomo, o co z nimi chodzi. Gdzieś w tle przewijały się jeszcze demonizowane postaci teściów i matka - święta. Było zbyt stereotypowo, aby mogło być porywająco.


Jednak "Potem..." się rozwija. Wraz z kruszeniem muru sceptycyzmu głównego bohatera pojawia się coraz więcej refleksji na temat śmierci, które są mocną stroną autora - potrafi on mówić o tej kwestii bez wpadania w banał, czy patos. A w ostatecznym rozrachunku nawet teść nie okazuje bestią z piekła rodem. Matka pozostaje anielicą, no ale trudno, wszystkiego mieć nie można. 


"Potem..." to dojrzała i delikatna powieść o śmierci - o tym, jak ludzie na nią reagują, jak się na nią przygotowują i o tym, czy lepiej jest czasem nie wiedzieć, co nas czeka. Można się nią zauroczyć.


4/5


Aha, i nie radzę czytać streszczenia na skrzydełku z wydania na zdjęciu. Ktoś bardzo mądrze umieścił na nim zakończenie, a w tym wypadku jest to jak w "Szóstym zmyśle", po prostu zbrodnia.

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

12. "Ostatni bastion Barta Dawesa" - Richard Bachman (Stephen King)

Bart Dawes uważa, że przegrał swoje życie. Dochodzi do wniosku, że jego los zawsze zależał od splotu nieszczęśliwych zbiegów okoliczności i złych wyborów. Najważniejsze sprawy: miłość, narodziny dziecka, praca – działy się jakby obok niego. Teraz widzi, jak znika dawny świat, w którym honor i uczciwość nie były pustymi słowami. Codziennie musi znosić głupotę i obłudę szefa, każdy nowy dzień dowodzi, że w małżeństwie również poniósł klęskę. Dlatego gdy bezduszna decyzja urzędników odbiera mu ostatnie rzeczy, dla których warto było żyć – małą pralnię i dom, decyduje, że się nie podda. Kupuje broń i rozpoczyna walkę o to, co najważniejsze…

Przeczytawszy powyższy opis na lubimyczytac.pl, będąc już po lekturze książki, miałam poważne wątpliwości, czy na pewno mamy na myśli tę samą lekturę. Bart się poddał. Jego walka, którą autor drobiazgowo opisuje, nie była "o coś". Sam główny bohater przyznaje, że nie chodzi o nic, że nie ma żadnych racji, jakie mógłby przedstawić osobom, które chciały go powstrzymać. 


"Ostatni bastion Barta Dawesa" jest opowieścią o człowieku przegranym. Być może miał on jeszcze przed sobą jakieś perspektywy, przecież przeprowadzka, czy zmiana miejsca pracy rzadko jest dla kogokolwiek końcem świata. Jednak Bart sam siebie uważa za skończonego. Stracił wszystko, na czym mu zależało, więc postanawia odejść z hukiem, na stałe wryć się w pamięć ludzi. 


Czy mu się udało? Trzeba przekonać się samemu. Na pewno podróż przez tę część życia Barta Dawesa nie będzie łatwa. Książka nie jest lekturą na leniwy wieczór. Ale mimo wszystko, myślę, że warto. 


3/5

sobota, 21 maja 2011

2. "W dżungli życia" - Beata Pawlikowska


Wiele dobrego naczytałam się o tej książce w Internecie, ale wciąż nie byłam przekonana do zakupu. A był on konieczny, aby przeczytać to "dzieuo", bo z teraz niezrozumiałych dla mnie powodów w mojej bibliotece chodliwa jest ona jak mało która. Tak więc, środa zastała mnie stojącą w gdańskim Empiku, pełną niezdecydowania. I gdy beztrosko kartkowałam sobie tę książkę, trafiłam na fragment o ludziach - wampirach, a że opis pasował do paru osób z mojego otoczenia, podjęłam decyzję o wydaniu 35zł na wypociny pani Pawlikowskiej.

Czego się spodziewałam? Doświadczona licznymi przygodami z literaturą poradnikową, nie miałam złudzeń, że ktoś powie mi, jak żyć. Ale to, co zawierała ta książka, kompletnie mnie zbiło z nóg, a po skończeniu miałam poważny dylemat, czy odpowiedniejszą reakcją jest śmiech, czy płacz.

"W dżungli życia" to dziwna mieszanka. Zaczyna się częścią autobiograficzną, która jest jednocześnie najciekawszą i najbardziej trzymającą się kupy. Bezboleśnie przeplata się z poradnictwem, które jest wprawdzie odrobinę infantylne i  jest go zdecydowanie za mało na książkę, którą autorka szumnie nazywa "poradnikiem", ale jest! I ten fakt czytelnik bardzo szybko uczy się doceniać, bo w pewnym momencie wątki autobiograficzne niespodziewanie zmieniają się w niesmaczne połączenie rozwlekłego słownika, książki kucharskiej i postulatu religijnego. Że już o post scriptum nie wspomnę, bo funkcji zbioru opowiadań z pacholęcych czasów autorki nie ogarniam i chyba nie ogarnę nigdy.

I pewnie przeszłabym nad tym marnowaniem papieru beznamiętnie, ale nie mogę pozbyć się wrażenia, że ta książka może być niebezpieczna. Oczywiście, nie w ręku "zwykłego" czytelnika, który najprawdopodobniej wzruszy ramionami, wepchnie ją na półkę i zapomni. Tyle że pani Beata nie pisze dla ludzi mocno osadzonych w życiu, nie mających żadnych, większych problemów, tylko dla osób zaburzonych, zagubionych w świecie, desperacko szukających jakichkolwiek wzorców. Jak zareaguje na dietę wprost z peruwiańskich gór osoba na skraju anoreksji? Nie przejdzie obojętnie obok, tylko wejdzie w to, wypaczając i tak, moim zdaniem, wątpliwej wartości zasady odżywiania. A jak zareaguje na definicję głodu zaserwowaną przez autorkę? Weźmie ją do siebie i będzie czekać aż zaczną trząść jej się ręce, bo przecież taka mądra kobieta twierdzi, że dopiero to jest wyznacznikiem tego, że jesteśmy naprawdę głodni.

"W dżungli życia" zawiodło mnie i to srodze. Bezużyteczne w pełnieniu założonej funkcji (w materii papierosów, narkotyków i innych używek nie mówi nic, czego nie słyszelibyśmy średnio raz na rok od czasów podstawówki), niepokoi lekkomyślnością. Jak na osobę po anoreksji i bulimii, pani Beata prezentuje zadziwiającą niewiedzę w temacie schemacie myślenia osób zaburzonych. Nie polecam nikomu.

1/5